Przeglądarka, z której korzystasz jest przestarzała.

Starsze przeglądarki internetowe takie jak Internet Explorer 6, 7 i 8 posiadają udokumentowane luki bezpieczeństwa, ograniczoną funkcjonalność oraz nie są zgodne z najnowszymi standardami.

Prosimy o zainstalowanie nowszej przeglądarki, która pozwoli Ci skorzystać z pełni możliwości oferowanych przez nasz portal, jak również znacznie ułatwi Ci przeglądanie internetu w przyszłości :)

Pobierz nowszą przeglądarkę:

Koszykówka

3 lipca 2020 r.
17:13

Moje koszykarskie podium – Jerzy Żytkowski

Podczas pobytu w Korei. W środku Andrzej Frączkowski, dyrektor klubu. To za jego kadencji Start osiągał największe sukcesy
Podczas pobytu w Korei. W środku Andrzej Frączkowski, dyrektor klubu. To za jego kadencji Start osiągał największe sukcesy

„Moje podium” to cykl reportaży o ludziach sportu, którzy kiedykolwiek w swojej karierze zdobywali medale i stawali na podium. Bohaterami są nie tylko sami sportowcy, ale także trenerzy, szkoleniowcy, działacze – ci wszyscy, którzy mieli swój udział w zdobywanym medalu. To przecież także ich zasługa.

AdBlock
Szanowny Czytelniku!
Dzięki reklamom czytasz za darmo. Prosimy o wyłączenie programu służącego do blokowania reklam (np. AdBlock).
Dziękujemy, redakcja Dziennika Wschodniego.
Kliknij tutaj, aby zaakceptować

Te reportaże to opowieści nie tylko o nich, to również dokument czasów, w których trenowali, brali udział w zawodach. Ich bohaterami są sportowcy w rożnych wieku i różnych dyscyplin. Często już zapominani, ale łączy ich jedno – znają nie tylko smak zwycięstwa, ale i gorycz porażki. Skupmy się jednak na tym pierwszym. Zapraszamy na sportową podróż w przeszłość.

„Moje podium” powstało pod patronatem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Kiedy koszykarze Startu po raz pierwszy awansowali do ekstraklasy w 1961 r. Jerzy Żytkowski miał zaledwie dziewięć lat. Przez myśl mu wtedy nie przeszło, że za kilkanaście lat przyniesie do domu brązowy medal, który wywalczy w barwach czerwono-czarnych. Ale wcześniej, bo w 1970 roku zdobył z kolegami złoty medal mistrzostw Polski juniorów. Co więcej, kolejne czternaście sezonów spędzi w Starcie – najwięcej w historii klubu.

Marzenie o adidasach

– W latach 60. czy 70. nie mieliśmy takich warunków do trenowania, jakie mają dzisiaj zawodowi koszykarze. Jak sobie przypomnę chociażby ówczesne prysznice w halach, to sam się dziwię, że nikt z nas nie nabawił się grzybicy, czy innych chorób. W większości były to małe i ciemne pomieszczenia z drewnianymi podestami na podłodze. Ciepła woda raz była, raz nie. Żeby odkręcić prysznic, pociągało się za metalowy łańcuszek i czasami trzeba było czekać, aż będzie lecieć ciepła woda. Kiedy kilkunastu chłopaków równocześnie odkręciło wodę, to w połowie mycia leciała już tylko zimna.

O termoaktywnej odzieży nikt wtedy nie słyszał.

– Przez wiele lat trenowaliśmy i graliśmy w strojach z materiału, który nie przepuszczał powietrza. Pociliśmy się niemiłosiernie. Najgorsze były dresy. W niektórych halach w ogóle nie było ogrzewania, albo było w nich niewiele cieplej niż na dworze, dlatego na rozgrzewce ruszaliśmy się w dresach, ale po pewnym czasie były całe mokre od potu. Dzisiaj z podziwem patrzę, w czym grają zawodnicy – dla nas wtedy szczytem marzeń były oryginalne adidasy czy pumy. Mało kto takie posiadał. Chyba, że ktoś mu przywiózł z Zachodu. Kosztowały wtedy krocie – więcej niż przeciętna polska pensja.

My graliśmy w zwykłych, granatowych trampkach, które często już po kilku treningach rozlatywały się. Niektórzy kleili je plastrami, podklejali je. W sklepach były wtedy pustki. Dopiero potem, już jako senior nie narzekałem na brak sprzętu. Wiem jednak, że w niektórych klubach dochodziło do takich sytuacji, że zamawiali określoną liczbę trampek i – owszem – dostawali, tyle ile zamówił, tylko że w jednym rozmiarze – np. 46. Ktoś widocznie w centrali doszedł do wniosku, że skoro to dla koszykarzy, to musi być dużo rozmiar. Pół biedy, kiedy dla wysokiego chłopaka pasowały jak ulał, ale inni, o mniejszej stopie wyglądali komicznie w trampkach o cztery numery większych.

Dziś trudno w to uwierzyć młodszym sportowcom, ale kiedyś nie było tak jak dzisiaj, że przy ławce zawodników stoi specjalne nosidełko, w którym są butelki z napojami. Nam się chciało pić, to lecieliśmy do szatni i piło się wodę prosto z kranu. Po treningach to nawet kolejka się ustawiała.

Odżywki? Owszem. Jedyną, którą znałem, to była kawa

Nikt sobie głowy nie zawracał jakąś dietetyką, zbilansowanym jedzeniem. Wiadomo, że przed treningiem czy meczem nikt się specjalnie nie zajadał, ale jak jechaliśmy czy wracaliśmy z meczu, to na obiad chętnie zamawialiśmy flaki i schabowego. Każdy pamiętał to, co wtedy obowiązywało: „jedz, to będzie silny”. I jedliśmy.

Wielu zawodników z mojej drużyny paliło wtedy papierochy. To m.in. Irek Mulak, któremu to wcale nie przeszkadzało w graniu. Kiedyś zauważył go z papierosem w ręku na ulicy jeden z dziennikarzy i następnego dnia ukazał się artykuł w gazecie, w którym autor napiętnował Irka za ten nałóg. Ale i tak palenia nie rzucił i był jednym z najlepszych polskich koszykarzy w lidze.

A propos papierosów, to były mecze w hali przy Zygmuntowskich, które trwały dłużej, niż powinny. Zwłaszcza po przerwie. Wszystko właśnie przez dym z papierosów. Kiedy było zimno, to kibice w przerwie palili w holu lub w szatniach na dole. Kiedy jednocześnie zapaliło kilkaset osób, to nie było czym oddychać. Halę trzeba było wietrzyć.

Nie mieliśmy wtedy takiej „armii zaciężnej” jak dzisiaj. Skład był oparty na wychowankach. Wielu zawodników w tamtych latach nigdy nie grało do końca kariery w innych klubach. Byli związani ze swoim pierwszym klubem  na dobre i na złe. Trochę inaczej wyglądało to w wojskowych klubach. Wtedy, żeby ściągnąć do siebie zawodnika, to przychodził rozkaz, że taki i taki zawodnik ma się zgłosić do Śląska czy Legii i nie było dyskusji.

Wiem, że teraz są zupełnie inne realia i dzisiaj każdy sportowiec traktuje klub jako zakład pracy, który często zmienia i idzie tam, gdzie może więcej zarobić. Wtedy jednak, kiedy ja grałem, każda zmiana klubu nie była też mile widziana przez kibiców. Liczył się lokalny patriotyzm. W dzisiejszym sporcie to sponsor ma najwięcej do powiedzenia. Reszta się nie liczy. Rzadko kiedy zawodnik przywiązuje się do klubu, miasta czy regionu. Jeśli dostaje bardziej intratną propozycję, nawet w egzotycznym kraju – to bez wahania decyduje się na przeprowadzkę.

Kiedyś liga była bardziej przewidywalna

Było 5-6 zespołów, które przez lata dominowały w rozgrywkach. To były uznane zespoły jak Śląsk, Wisła, Resovia, Lech czy Wybrzeże. Były awanse, spadki, a dzisiaj wystarcza mieć pieniądze i można wykupić tzw. dziką kartę, żeby grać w najwyższej klasie rozgrywek.

Sprzedawanie meczów? Owszem, tu i ówdzie słychać było, że jakiś zawodnik podejrzanie słabo zagrał, ale to były sporadyczne wypadki. W koszykówce trudno jest oszukać. Można raz czy dwa nie trafić spod samego kosza; to się zdarza każdemu, ale trener, widząc nieskuteczną grę, sadza takiego zawodnika na ławce. W takiej nożnej łatwiej jest popełnić świadomy błąd. Mówiąc krótko – w koszykówce sprzedawanie czy kupowanie meczów było praktycznie niespotykane. To nie ta dyscyplina.

Psycholog w klubie? A po co?

Tę rolę spełniał trener. Zastępował i ojca i wychowawcę. Pamiętam, że trenerzy wiedzieli, kto jak się uczy w szkole. Jak trzeba było, to chodzili nawet do wychowawcy, a nawet odwiedzali rodziców w domu. Zdarzało się, że trener za złe oceny nie wpuszczał na trening. To była najgorsza kara. Poprawiłeś oceny – mogłeś wówczas wejść na salę. 

Zdzisław Niedziela, z którym osiągnąłem tyle w sporcie, potrafił w prosty sposób dotrzeć do zawodnika bez stosowania psychologicznych wybiegów. Kiedy trzeba było, to tak ochrzanił, że poszło w pięty, a kiedy indziej podszedł, poklepał po ramieniu i pochwalił za dobre zagranie. Po latach wspólnie spędzonych na boisku wiedzieliśmy już po jego minie, czy za chwilę wybuchnie czy też poklepie. Nie musiał nic mówić, żebyśmy wyciągnęli wnioski. I to działało. To był znakomity szkoleniowiec. Podobnie jak mój pierwszy trener – Zdzisław Zarzycki.

Dzisiaj każdy zawodowy koszykarz ma też indywidualny trening siłowy. My mieliśmy też obozy kondycyjne. Ich program był szalenie prosty. Trener kazał nałożyć sobie obciążniki, pasy ołowiane, pokazywał palcem na górę widniejącą na horyzoncie i padała komenda: Na górę i za trzy godziny macie być z powrotem!

Koszykówka sprzed czterdziestu lat nie była tak widowiskową dyscypliną, jaką jest dzisiaj. Grało się o wiele wolniej, nie było rzutów za trzy, wsadów. Sami zawodnicy byli też o wiele niżsi. My mieliśmy w drużynie jedynie Wojtka Szaratę, Darka Jeziora, potem Janusza Florczaka czy Jacka Grabskiego, którzy mieli ponad dwa metry wzrostu. I tyle. Dzisiaj dwumetrowcy są często rozgrywającymi, a pod koszem walczą o wzroście 210-215 cm.

Na meczach wsady były kiedyś rzadkością. Zresztą wtedy zawodnicy nie byli aż tak skoczni jak dzisiaj, kiedy prawie każdy zawodnik pakuje piłkę z góry. U nas najbardziej widowiskowo robił to Irek Mulak. Obręcze nie było kiedyś uchylne i zdarzało się, że podczas rozgrzewki urywały się podczas wsadu.

Ówczesne mecze miały swoją dramaturgię, wiele spotkań kończyło się tak samo rzutem w ostatniej sekundzie. Pamiętam, że w hali na al. Zygmuntowskich zawsze mieliśmy niesamowity doping. Zdarzało się, że przy rzutach osobistych przeciwnika, wszyscy tupali nogami, sądząc, że w ten sposób spowodują drgania kosza i utrudnią przeciwnikowi celny rzut.

Bywało, że niektórzy koszykarze z przeciwnych zespołów byli obiektem słownego ataku ze strony kibiców. Tak było m.in. w przypadku Zdziśka Myrdy z Resovii czy Gienka Durejki z Lecha. Kibice głośno skandowali ich nazwiska, w przypadku Myrdy było to czasami „Zdzisek”, chcąc ich zdeprymować. Nie wiem, dlaczego padło akurat na nich, bo i jeden i drugi byli sympatycznymi zawodnikami. Zdobywali jednak bardzo dużo punktów dla swoich zespołów i pewnie to się nie podobało kibicom.

W Lublinie gwizdano także na Gienka Kijowskiego, który był wtedy jednym z najlepszych rozgrywających w lidze

To za sprawą Kena Washingtona, który grał u nas. Kiedyś Gienek stwierdził, że takich „Kenów Washingtonów” to jest na pęczki. I Ken pokazał mu miejsce w szeregu. W meczu przeciwko Lechowi kilkakrotnie ośmieszył Gienka i zdobył ponad 30 punktów. Od tej pory Kijewskiemu ciężko było grać w Lublinie, bo przy każdym jego zetknięciu z piłką rozlegało się buczenie i gwizdanie.

W 1979 r. koszykówka w Lublinie święciła triumfy właśnie za sprawą Kena. Był niewątpliwie magnesem przyciągającym kibiców. Dzisiaj prawie każdy klub ma w swoim składzie obcokrajowców, ale wtedy czarnoskóry koszykarz to było coś niezwykłego.

Ken już w pierwszych meczach w barwach Startu ośmieszał rywali. Był bardzo szybki, skoczny, potrafił podać piłkę w najmniej oczekiwanym momencie, czasami pod nogą. Rywale nie potrafili sobie poradzić z niskim (173 cm) rozgrywającym. Był gwiazdą, zdobywał mnóstwo punktów i nic dziwnego, że po pierwszym sezonie został wybrany najlepszym zawodnikiem ligi. Potem nie było mu tak łatwo. Przeciwnicy już wiedzieli, że nie można odstąpić go na krok i kryli go na całym boisku. Ale i tak te nasze dwa tytuły brązowych medalistów to przede wszystkim jego zasługa.

Koszykarskie pokolenia

 Jerzy Żytkowski od wielu lat sędziuje w amatorskiej lidze. Cieszy się, że do sportu garnie się wiele młodych osób. – Wśród tych zawodników widzę nowe pokolenia koszykarzy. To synowie, potem wnukowie tych, z którymi kiedyś zetknąłem się na boisku.

Wielu z nich kultywuje rodzinne tradycje. Są tacy, którzy mogliby dzisiaj lub w najbliższej przyszłości wystawić piątkę zawodników – do tego całkiem mocną. Weźmy chociażby takich Karolaków: Piotr, który grał w ekstraklasie najdłużej, Kuba – mistrz i wicemistrz Polski, Bartek gra w czołowym klubie pierwszoligowym, na parkietach ekstraklasy występował także Paweł. I już widać ich następców. I bardzo dobrze, bo każdemu i zawsze powtarzam, że sport jest najlepszą metodą wychowawczą. Wielu z nas, sportowców, wie że życiu jest jak na zawodach – raz się wygrywa, raz przegrywa, ale nigdy nie można się poddawać. Nie byliśmy chowani pod szkłem. Poznaliśmy, co to jest ból, jak smakuje gorycz porażki. To nas nauczyło pokory, dyscypliny i nie załamujemy rąk, kiedy coś nam nie idzie.

Na sporcie się nie dorobiłem

Owszem, pieniądze z tego jakieś były, byliśmy znani, popularni, ale w porównaniu z dzisiejszymi realiami w sporcie zawodowym, to można powiedzieć, że to była amatorszczyzna. Żaden z nas po zakończeniu kariery nie żył z tego, co zarobił grając w koszykówkę. Owszem, ci lepsi zawodnicy dostawali jakieś przydziały na samochód, mieszkanie, ale nikt nie zarabiał takich pieniędzy jak dzisiaj.

My zresztą nie graliśmy dla pieniędzy. Nie było wtedy zresztą sportu zawodowego, agentów, kontraktów. Graliśmy, bo to była nasza pasja. Żyliśmy koszykówką. To nas łączyło. Znaliśmy się jak łyse konie, bo większość z nas nigdy nie zmieniała klubu, nic dziwnego, że spędziliśmy ze sobą tyle czasu razem. Dzisiaj jest tak duża rotacja w drużynach, że wielu koszykarzy nawet nie jest w stanie zapamiętać imion wszystkich kolegów.

Ja i mój rower

Od wielu lat Jerzy Żytkowski oddaje się swojej drugiej pasji – kolarstwu. Rowerem jeździ wszędzie – nawet na małe piwo do Zwierzyńca. Nie ma dla niego niekorzystnej pogody. Chyba, że zimowe zaspy staną na przeszkodzie. Sto czy dwieście kilometrów dziennie nie stanowią dla niego zbytniego problemu. Kiedy mija orlik i widzi grających chłopaków w kosza nie może się jednak oprzeć, żeby choć na chwilę przystanąć i popatrzeć, jak grają. Z koszykówki nigdy się nie „wyleczył”.

„Moje podium” powstało pod patronatem Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
e-Wydanie

Pozostałe informacje

Bartosz Zmarzlik (na pierwszym planie) w piątek zajął najmniej lubiane przez sportowców czwarte miejsce

MAXTO ITS IMME im. Zenona Plecha: Kubera o włos od zwycięstwa, Zmarzlik poza podium

Dwóch żużlowców Orlen Oil Motoru Lublin dotarło w piątek do finału MAXTO ITS IMME im. Zenona Plecha, ale ani Dominik Kubera, ani Bartosz Zmarzlik nie zostali zwycięzcami imprezy. Najlepszy dzięki fenomenalnemu występowi w finale okazał się Michael Jepsen Jensen

Magda Więckowska zdobyła w Gnieźnie 8 bramek

PGE MKS FunFloor do wygranej w Gnieźnie potrzebował rzutów karnych

PGE MKS FunFloor Lubin znowu był zmuszony do pościgu w drugiej połowie. Tym razem udało mu się to tylko po części, bo do zwycięstwa w meczu z MKS URBiS Gniezno potrzebna była seria rzutów karnych.

Bartłomiej Korbecki zdobył w piątek dwa gole

Chełmianka na piątkę w derbach z Lewartem

Derby pomiędzy Chełmianką, a Lewartem zakończyły się zgodnie z planem. Drużyna Grzegorza Bonina rozbiła u siebie rywali aż 5:1. To pierwsza, domowa wygrana biało-zielonych w tym roku.

Jakub Bednarczyk strzelił w piątek w Legnicy fenomenalnego gola

Górnik Łęczna wygrywa na wyjeździe z Miedzią Legnica. Wspaniały gol Jakuba Bednarczyka

Jak nie szło to nie szło, ale teraz Górnik Łęczna nabiera rozpędu. W piątek zielono-czarni odnieśli niezwykle cenne zwycięstwo w Legnicy nad tamtejszą Miedzią. Dla podopiecznych trenera Pavola Stano była to pierwsza wyjazdowa wygrana w tym roku, a zarazem druga z rzędu

Ulicami Starego Miasta przeszła droga krzyżowa
galeria

Ulicami Starego Miasta przeszła droga krzyżowa

Uczestnicy modlili się o trzeźwość i uwolnienie z nałogów. Chętni złożyli również deklarację abstynencji w intencji osoby uzależnionej.

Zacięty mecz w Sopocie zakończył się wygraną PGE Startu Lublin
film

Wielkie emocje w Sopocie. PGE Start Lublin wygrał z mistrzem Polski

Świetne widowisko w Sopocie. Tamtejszy Trefl walczył do końca, aby odwrócić losy mecz z PGE Startem. Lublinianie do przerwy prowadzili aż 61:38. Po szalonej pogoni rywali, do ostatnich sekund musieli jednak drżeć o wynik. Ostatecznie pokonali jednak mistrza Polski 88:87.

Zdjęcie ilustracyjne

62-latek, który zaatakował ratownika medycznego, stanie przed sądem

Do trzech lat więzienia grozi mężczyźnie, który naruszył nietykalność ratownika na oddziale ratunkowym szpitala w Janowie Lubelskim. Do sądu trafił akt oskarżenia.

Azoty Puławy przegrały na wyjeździe z REBUD KPR Ostrovią Ostrów Wielkopolski 33:36

Azoty Puławy gorsze od REBUD KPR Ostrovii Ostrów Wielkopolski

W meczu ostatniej kolejki sezonu zasadniczego Azoty Puławy przegrały na wyjeździe z REBUD KPR Ostrovią Ostrów Wielkopolski 33:36. Taki wynik przesądził o tym, że puławianie w drugiej części sezonu rywalizować będą w grupie spadkowej

Mieszkańcy chcą zmieniać Lublin. Zakończył się nabór wniosków do Budżetu Obywatelskiego

Mieszkańcy chcą zmieniać Lublin. Zakończył się nabór wniosków do Budżetu Obywatelskiego

182 projekty, a w tym dzielnicowe rozwiązania i większe inicjatywy – tak prezentują się wnioski do Budżetu Obywatelskiego na 2026 rok. „To odpowiedź na aktualne potrzeby lokalnej społeczności” – twierdzą władze miasta.

Lekarze i żołnierze w jednym. Dziś ich dzień
ZDJĘCIA
galeria

Lekarze i żołnierze w jednym. Dziś ich dzień

Podczas wojny to oni niosą pierwszą pomoc medyczną, od której często zależy ludzkie życie. Dziś lekarze, pielęgniarze i ratownicy, którzy łączą obowiązki medyczne ze służbą wojskową, obchodzą swoje święto.

Piłkarze Podlasia mają czego żałować po piątkowym meczu z Wiślanami

Przewrotka za trzy punkty. Podlasie przegrało z Wiślanami

Po takim meczu piłkarze Podlasia długo będą pluli sobie w brody. Bialczanie w drugiej połowie spotkania z Wiślanami Skawina zmarnowali: rzut karny i nie „setkę”, a „dwusetkę”. Jak to w piłce bywa rywale w doliczonym czasie gry zdobyli zwycięskiego gola.

Marta Wcisło przy puławskim Orliku. Za otwarcie tego boiska wbrew orzeczeniu sądu karę aresztu ma ponieść prezydent Puław
Puławy

Wcisło o zamknietym boisku i areszcie dla Maja: to wina PiS-u

Podczas konferencji prasowej zwołanej przy boisku sportowym Orlik w Puławach europosłanka Platformy Obywatelskiej wyraziła zrozumienie dla kontrowersyjnej decyzji sądu, a winą za zamknięcie obiektu i areszt dla prezydenta Puław obarczyła Prawo i Sprawiedliwość.

Wisła Puławy w sobotę rozegra kolejny bardzo ważny mecz

Przed Wisłą Puławy kolejny ważny mecz w kontekście walki o utrzymanie w Betclic II Lidze

Po porażce w Bielsku-Białej Wisła Puławy wraca na swój stadion. W sobotę o godzinie 15 podopieczni trenera Macieja Tokarczyka zagrają z GKS Jastrzębie i będzie to dla nich kolejny kluczowy mecz w kontekście walki o utrzymanie

Trwa budowa brakującego fragmentu ścieżki

Przez lata ścieżki miasta i gminy nie mogły się połączyć. W końcu powstaje brakujący odcinek

Dobra wiadomość dla rowerzystów. Trwa budowa wyczekiwanego fragmentu ścieżki rowerowej w Sławacinku Starym, który połączy szlaki miasta i gminy.

Kampus uczelni

UMCS otwiera drzwi dla kandydatów

Stoiska z ofertą edukacyjną, doradztwo zawodowe i spacer po kampusie. Sprawdzamy, co Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej przygotował dla swoich kandydatów.

ORLEN BASKET LIGA MĘŻCZYZN
22. KOLEJKA

Wyniki:

Arriva Polski Cukier Toruń - Anwil Włocławek 89:97
Śląsk Wrocław - Zastal Zielona Góra 91:82
GTK Gliwice - Icon Sea Czarni Słupsk 63:88
MKS Dąbrowa Górnicza - Trefl Sopot 78:83
Górnik Zamek Książ Wałbrzych - PGE Spójnia Stargard 89:68
Legia Warszawa - Tasomix Rosiek Stal Ostrów Wlkp. 80:79
Dziki Warszawa - AMW Arka Gdynia 81:80
PGE Start Lublin - King Szczecin 77:82

Tabela:

1. Anwil 22 40 1967-1770
2. Trefl 22 38 1950-1861
3. Górnik 22 36 1705-1656
4. Start 22 35 1930-1891
5. Legia 22 35 1782-1756
6. King 22 35 1891-1841
7. Czarni Słupsk 22 34 1770-1649
8. Dziki 22 33 1688-1677
9. Śląsk 22 33 1787-1767
10. Toruń 22 32 1873-1887
11. Spójnia 22 30 1695-1779
12. Ostrów Wlkp. 22 30 1814-1860
13. Arka 22 30 1865-1979
14. Gliwice 22 29 1807-1973
15. Zielona Góra 22 29 1716-1813
16. Dąbrowa G. 22 29 1784-1865

ALARM24

Masz dla nas temat? Daj nam znać pod numerem:
Alarm24 telefon 691 770 010

Wyślij wiadomość, zdjęcie lub zadzwoń.

kliknij i poinformuj nas!