
Śląsk Wrocław nie poszedł za ciosem. Po domowej wygranej z Lechem Poznań ostatni zespół w tabeli PKO BP Ekstraklasy zremisował w meczu przyjaźni z Motorem 1:1. Gospodarze i tak mogą być zadowoleni, bo niewiele zabrakło, a w końcówce beniaminek z Lublina zgarnąłby pełną pulę.

Na trybunach wielkie święto i ponad 26 tysięcy kibiców. Na boisku walka o punkty, bo obie drużyny miały swoje cele do zrealizowania. Podopieczni Ante Simundzy chcieli opuścić ostatnie miejsce w tabeli. A goście liczyli, że uda im się dobić do „magicznej” granicy 40 punktów, która w ostatnich sezonach gwarantowała utrzymanie.
Wystarczyło kilkadziesiąt sekund gry, a już okazję na gola miał Michał Król. Skrzydłowy „złamał” akcję z prawego skrzydła do środka i uderzył na bramkę. Uderzył tak, że zabrakło centymetrów, aby cieszył się z gola. Bramkarza rywali uratowała jednak poprzeczka. W 13 minucie miejscowi mogli złapać się za głowy, bo w jednej akcji wypracowali sobie dwie świetne okazje.
Jose Pozo długo prowadził piłkę i nikt go nie atakował. W końcu podał do kolegi, a za chwilę miał już futbolówkę w polu karnym. Odegrał ją do Piotra Samca-Talara, którego uderzenie odbił Kacper Rosa. Dobitkę Petra Szchwarza zablokował za to Jakub Łabojko. Niedługo później odpowiedział Bartosz Wolski, który ładnie uderzył z powietrza. Bez zarzutu swoją robotę wykonał jednak Rafał Leszczyński.
Kilkadziesiąt sekund później Śląsk objął prowadzenie. Samiec-Talar miał zdecydowanie za dużo miejsca na prawej flance. Dośrodkował w szesnastkę, chociaż odrobinę za mocno. Arnau Ortiz musiał gonić piłkę i sukcesem było to, że zdołał ją jeszcze zgrać w kierunku bramki. Wyszło jednak dużo lepiej, bo Hiszpan przelobował Rosę i niespodziewanie zrobiło się 1:0. W przerwie, na antenie Canal+ Sport 3 Ortiz przyznał, że „w stu procentach chciał strzelać, a nie podawać”.
Kolejne minuty były bardzo trudne dla „Motorowców”. Rywale błyskawicznie zabierali im piłkę i w zasadzie zamknęli beniaminka w hokejowym zamku. Drugiego gola jednak nie było. Przyjezdni się wybronili i powoli zaczęli odgryzać. Dobra szansa na wyrównanie pojawiła się w 37 minucie. Po zagraniu Wolskiego piłki na wślizgu nie sięgnął jednak Bradly van Hoeven. W doliczonym czasie gry Holender miał lepszą okazję, ale tym razem trafił Jehora Matsenko w bardzo „czułe” miejsce.
Po przerwie szybko nieźle głową uderzył Arkadiusz Najemski, ale słupka pilnował Schwarz i wybił futbolówkę. W 57 minucie Samuel Mraz źle zabrał się z piłką po złym wybiciu bramkarza. Motor powinien wycisnąć z tej akcji zdecydowanie więcej. 180 sekund później van Hoeven chyba powinien uderzać z pola karnego, a podał do Wolskiego, który strzelił z kolei zbyt lekko.
Piłkarze trenera Mateusza Stolarskiego naciskali i w 70 minucie wydawało się, że musi być po jeden. Wolski został zablokowany jednak „zebrał” piłkę i oddał ją do kolegi, a Mathieu Scalet z bliska huknął w słupek. Sześć minut później przyjezdni w końcu wyrównali. Filip Wójcik dobrze dośrodkował z prawego skrzydła, w powietrzu powalczył Mraz, a w odpowiednim miejscu znalazł się Jacques Ndiaye, który z bliska wpakował piłkę do siatki.
Co działo się w końcówce? Jedni i drudzy mogli przechylić szalę na swoją stronę. Kilka akcji Śląska bardzo dobrze się zapowiadało. Brakowało jednak ostatniego podania. A lublinianie mieli swoją szansę w doliczonym czasie gry. Ndiaye zagrał „zewnętrzniakiem” do Ceglarza, a ten z bliska strzelił tuż obok słupka.
W następnej kolejce Motor zagra u siebie z Lechem (niedziela, godz. 17.30).
Śląsk Wrocław – Motor Lublin 1:1 (1:0)
Bramki: Ortiz (20) – Ndiaye (76).
Śląsk: Leszczyński – Guercio, Szota, Matsenko (90+5 Rygiel), Llinares, Samiec-Talar (62 Ince), Baluta, Schwarz, Pozo (81 Jasper), Ortiz, Al Hamlawi (81 Udahl).
Motor: Rosa – Wójcik (85 Stolarski), Najemski, Ede, Luberecki, Łabojko (59 Samper), Wolski, Simon (59 Scalet), Król (69 Ndiaye), Mraz, van Hoeven (85 Ceglarz).
Żółte kartki: Guercio, Szota – Samper.
Sędziował: Marcin Kochanek (Opole).
Widzów: 26361.
